‘Architects of Art Therapy’ stanie się zapewne inspiracją dla kilku jeszcze postów. Na razie ze wspomnień, które pzeczytałam najbardziej zainteresował mnie rozdział napisany przez 90 letnią Edith Kramer!
Kramer przez lata swojej pracy bardzo wiele opublikowała i większość jej tekstów jest wzgłednie dostępna. Przez lata była też bardzo znaczącą nauczycielką arteterapii. W swoim rodziale w “Architects…” pisze o swoim niezadowoleniu z metod badań, które zdominowały współczesną arteterapię. Według Kramer American Journal of Art Therapy, ze swoim silnym naukowym podejściem wypełniony jest artykułami ‘całkowicie nudnymi i w wiekszości nie zrozumiałymi’. Dziesiątki wykresów, statystyk i cyfr zupełnie nie opisują procesu arteterapii i nie wnoszą niczego nowego. Odnosząc się do programu studiów, które stworzyła w Nowym Jorku, Kramer podkreśla, że według niej arteterapia jest nauką humanistyczną. Studenci prowadząc badania do prac dyplomowych zawsze byli zachęcani do metod naturalistycznych, opierających się na wnikliwej obserwacji osoby w jej środowisku. Arteterapeuta powinien ‘przebywać ze swoim pacjentem, studiować relacje, obserwować jak rozwija się proces twórczy, jak powstaje produkt, a następnie powinien zapisać wszystko szczegółowo w swoim dzienniku. Kiedy zbierze się odpowiednia ilość obserwacji (..) być może uda się je przeanalizowa, a być może nawet odkryć jakieś zjawisko’. Ta metoda była wykorzystywana przez Karmer przez 40 lat jej praktyki, jako arteterapeuty i doprowadziłą ją do stworzenia koncepcji arteterapii i metod pracy.
Na marginesie warto dadać, że Kramer była artystką zanim zaangażowała się prace terapeutyczą i nie jest zaskoczeniem, że artyści nie lubią ilościowych metod i rygorystycznych metodologii. Jednak myślę, że to co napisała w swich wspomnieniach jest bardzo słuszne. Faktycznie czytając Amerykański Journal ma się wrażenie, że jest popisem umiejetności metodologicznych absolwentów studiów magisterskich, ale trudno znaleść odpowiedź na pytania co z tych badań tak na prawdę wynika i co wniosły do praktyki. Badania te rzadko są odkrywcze, prawie nigdy szczegółowe. I wydaje mi się, że widać ogromną różnicę pomiędzy pracami straszych i młodszych arteteraputów. Zniknęła gdzieś wnikliwość i obserwacją, zastąpiona modelem niemalże medycznym, który nie bardzo służy rozwojowi arteterapii. Myślę, że na tym tle prace brytyjskie wyglądają zdecydowanie lepiej. Podczas kursów metodologicznych kładzie się nacisk na zrozumienie, odkrywczość. Skutkiem badań ma być wniesienie czegoś nowego do dyscypliny, do sposobu myślenia. Rozważania na temat metodologii są bardzo interesujące i myślę, że dominująca metodologia w wyraźny sposób będzie wpływa na kształt arteterapii w Polsce.
MNie bardzo brakowało na kursie arteterapii metodologii badań, z nikim nie zastanawialiśmy się jak można poprawnie ewaluować naszą pracę. Myślę, że problem badań w arteterapii trzeba by poruszyć na poziomie edukowania studentów.
O tak, to chyba kolejny wspaniały temat do dyskusji! Pojawił się na ostatnich dwóch konferencjach i na tym chyba się nie skończy…Moim zdaniem jest to kwestia tak ważna jak i trudna, szczególnie w polskich warunkach, chociaż z tego co piszesz Ola, że Zachód również nie do końca daje sobie radę:) W każdym razie mnie osobiście ten problem bardzo interesuje i ciekawi.
Wydaje mi się, że ogólnie sytuację można opisać jako ścieranie się dwóch sił: zwolenników metod jakościowych oraz ilościowych ; plus jedna dodatkowa, trzecia siła: przeciwników badań w arteterapii w ogóle
Powody preferencji każdego z tych stanowisk są różne. Jednym z nich jest ten o którym piszesz Ola, czyli artyści vs nieartyści lub też praktycy vsnaukowcy – choć ten rozdźwięk wydaje się zminiejszać w wyniku licznych projektów ewaluacyjnych podejmowanych przez samych praktyków z różnych względów.Jednak najtrudniej jest wtedy, gdy motywem jest brak wiedzy, źródeł wiedzy i w związku z tym umiejętności, wynikający z problemów edukacyjnych o czym pisze powyżej Mikus… I tu się otwiera wielkie pole do dyskusji.
Jeszcze odnosząc się do opinii wobec badań prezentowanych w American Journal of Art Therapy, to mnie osobiście jakoś bardzo nie zainteresowały, ale mam poczucie, że warto w tym miejscu rozróżnić badania “podstawowe” od badań “stosowanych”. Te pierwsze przypominają badania procesów biologicznych np. nad cytoplazmą. Nie przekładają się one bezpośrednio na nasze życie, ale wynikają z tzw.ciekawości świata; opisują rzeczywistość i ten opis może być wykorzystywany w dalszej drodze wprowadzania jakiś zmian w praktyce. Zwykle są ono mocno wyspecjalizowane, a nawet fragmentryczne. Z kolei badania stosowane bardziej odnoszą się do rozwiązywania konkretnych problemów i szukania konkretnych rozwiązań, bez większych uogólnień. Jedne i drugie mają swoje wady i zalety, chociaż na ujrzenie praktycznych korzyści z badań podstawowych trzeba więcej pracować i często (choć nie zawsze) dłużej czekać. To faktycznie przypomina postępy w medycynie, tylko że w przypadku arteterapii zaangażowana jest znacznie mniejsza ilość sił która mogłaby dziedzinę popychać na przód.
Chociaż powyższa refleksja powstała pod wpływem przeczytania tego wątku, porządkuje mi trochę sytuację z badaniami w arteterapii, pozwala na dostrzeżenie wartości obydwu podejść i tolerancję wobec prób rozgryzienia tematu z różnych stron przy zbliżonych celach. Najbardziej problemowe wydaje mi się natomiast trzecie podejście, o którym wcześniej wspomniałam…
Chętnie poczytam inne głosy. Pozdrawiam!
’3 podejście’ niestety trzyma sie silnie. I chciaz uważam, że sprzeciw wobec badan spowalnia rozwój praktyki, a najprawdopodobniej go w ogole uniemozliwia, bo konsekwencja braku badan jest praktyka, której nie da sfinansować z panstwowych źródeł. Trzeba pokazać zetelne dane, żeby dostać na coś pieniądze i zapewnienie nawet wszystkich praktyków razem wzietych, ze ‘to działa’ nic nie pomoze….
Natomiast 3 podejscie trzyma się swietnie, bo brakuje zrozumienia czym są badania. Ja sie nie dziwie oburzeniu pewnych praktyków, kiedy im przychodzi student/doktorant psychologii/padagogiki na zajęcia z grupą, z którą od wielu lat pracują, rozwinęli istotne relacj, bezpieczeństwo, i chce przeprowadzić testy psychologiczne, przed, po i w trakcie. Oczywiście zburza to stworzone struktury, zaufanie itd. Natomiast badania mogą być prowadzone w bardzo różny sposob. Po pierwsze bez testów, lub testy moga być tak skonstruowane żeby sie wpisywały w prace.
I tutaj chciałam odnieśc się do drugiego problemu, który Maja poruszyłaś, praktyk vr naukowiec. Wydaje mi się, że problem lezy w wykształceniu i przygotowaniu praktyków, tak żeby mogli prowadzić ewaluację i badania na wlasny uzytek. Nie wyobrazam sobie ‘naukowca’ wchodzacego na sesje arteterapii zeby robic tam badania, albo sprowadzajacego grupe do ‘labolatorium’. W moim odczuciu arteterapeuta – badacz jest zawsze praktykiem, bo inaczej nie bedzie miał dostepu do natury procesów, które chce badac.
Inny problem to badania ilosciowe/jakosciowe. Ja z wyksztalcenia psycholog
nigdy nie wróce do badan ilosciowych (nigdy nie mow nigdy). Natomiast wynika to z moich przekonan i celów, które stawiam swoim badaniom. Jesli raczej niz rozumiec procesy musiałabym udowadniac ich skuteczność, wykorzystałam metody ilościowe również, a przynajmiej polączenie obu. Za wszystkimi badaniami kryje się jednak pewna polityka i pytanie po co i dla kogo sie je robi. Wiekszosc organizacji przyznajacych granty i dofinasowanie preferuje badania ilosciowe, bo sa caly czas powszechnie uwazane za rzetelniejsze. To spóscizna po modelu medycznym/biologicznym i kwestia pewnej filozofii, czy jak to woli ontologii.
Mysle, ze kwestia badan wymaga dyskusji. Natomiast bardzo duzo jest zrodel i mozna korzystac ze wzystkich metod badawczych opracowanych przez nauki spoleczne, wiec mozliwosci jest na prawde bardzo wiele, tylko trezba wiedziec co sie chce badac i dlaczego.
O.